Od marca 2020 roku światowa pandemia krzyżuje wszystkim plany. Teatry średnio co trzy-cztery miesiące zostają otwarte po to, żeby za chwilę zamknąć je ponownie. Czasami (przy dobrych wiatrach) grają dla połowy, a niekiedy tylko dla 25% publiczności. Oczywiście zamknięte są kawiarenki teatralne, nakaz noszenia maseczek i zachowania dystansu, etc.

Tegoroczny koncert w Teatrze Muzycznym w Gdyni, zamiast odbyć się w styczniu, odbył się w Wielkim Poście.

W styczniu było online, ale...,

jednak to nie to samo. Widać było, że wszyscy (aktorzy, tancerze, realizatorzy) podczas tego nagrania starali się, jak mogli, żeby oddać klimat teatru na żywo. Niemniej, kiedy oglądałam to na ekranie telewizora, to niestety zabrakło mi tych emocji, które towarzyszą mi  na żywo.

Naprawdę bardzo się cieszę, że było mi dane wrócić na tydzień przed kolejnym lockdownem na Pomorzu, czyli 6 marca, do Teatru na Rewię 70&france.


40 lat minęło...,

czyli polskie lata 70. Już od pierwszych dźwięków utworu „40 lat minęło” z filmu „Czterdziestolatek” wiedziałam, że to było to, czego po takim czasie potrzebowałam. Wiedziałam, że można tęsknić za teatrem, ale nie spodziewałam się, że po roku przerwy można aż tak za nim zatęsknić.

To, że mogłam zobaczyć tych wspaniałych ludzi, którzy cieszą się z bycia na scenie i grania dla żywej publiczności, było czymś, co wywoływało (i nadal wywołuje) szeroki uśmiech na twarzy. 

A jeszcze większą radość sprawiło mi śpiewanie razem z nimi, chociażby refrenu piosenek. 

Jak to śpiewał Tomasz Więcek  Do zakochania jeden krok, jeden jedyny krok nic więcej... i to w kontekście Baduszkowej się sprawdza. Tam po wejściu do budynku naprawdę wystarczy jeden krok, aby się w nim zakochać. 

Podobało mi się przeniesienie do klimatu festiwali z tamtych lat. W tym koncercie był to sopocki  „Festiwal Interwizji. Trzy zaprezentowane piosenki, czyli „Милион алых роз” (milion czerwonych róż) Ałły Pugaczowej (wyk. Alicja Piotrowska), „Malovaný džbánku” Heleny Vondrackovej (wyk. Aleksandra Meller) i „Gyöngyhajú lány” (dziewczyna o perłowych włosach) z rep. Zespołu Omega (wyk. Krzysztof Wojciechowski) „wcisnęły” mnie w fotel.

Podobne wrażenia miałam przy „Małgośce” Maryli Rodowicz (wyk. Aleksandra Meller) i „Wielkiej wodzie” również z rep. Maryli Rodowicz (wyk. Karolina Merda).

Gdyby ktokolwiek zastanawiał się, czy oprócz Natalii Kukulskiej mamy godną następczynie Anny Jantar, to rozwiewam wątpliwości. Tak mamy i jest nią Maja Gadzińska. Dawno nie słyszałam tak dobrego i pięknego wykonania piosenki „Tyle słońca w całym mieście”. 

Jedyne co tak naprawdę jestem w stanie powiedzieć o „Papayi” w wykonaniu Karoliny Trębacz to kocham za ten wykon. To było zdecydowanie lepsze niż oryginał. 

Finał I aktu, czyli medley piosenek zespołu ABBA to był jeden z najlepszych finałów, jakie widziałam w tym Teatrze. Wielkie chapeau bas.

Rzadko zdarza się, żeby można było zobaczyć reżysera prowadzącego koncert. Tym razem była ku temu okazja. Bernard Szyc wraz z aktorką pracującą, która żadnej pracy się nie boi, czyli Magdaleną Smuk poprowadził pierwszą część koncertu.


Aux Champs-Elysées...,

czyli piosenka francuska. Francja w kontekście muzyki, oprócz Joe Dassina (który jest autorem m.in. takich utworów jak „Les Champs-Elysees”, „Et si tu n'existes pas” czy „Taka taka”) kojarzyła mi się również z Indilą, Zaz czy takimi musicalami jak Notre Dame de Paris, czy Romeo i Julia. Gdzieś po cichu liczyłam na którąkolwiek z tych  piosenek (ale to tylko moje ciche marzenia). 

Medley utworów z filmów francuskich (Parasolki z Cherbourga, Biały Delfin Um, „Marsz Żandarmów” z Żandarma na emeryturze)  był jednym z elementów, które najmniej mnie „porwały” w tym koncercie, ponieważ nie były to moje klimaty.

„Taka taka” Joe Dassina w wykonaniu Marcina Słabowskiego, a w szczególności choreografia do tego utworu to był majstersztyk. 

Najpiękniejszym momentem, który mnie zachwycił w tej części koncertu, było wykonanie piosenki „Il est bel et bon” w wersji a'capella przez grupę bardów (w skład której wchodzili Jakub Brucheiser, Paweł Czajka, Tomasz Gregor, Krzysztof Kowalski, Patryk Maślach i Maciej Podgórzak). 




Tour de France...,

czyli od alpejskiego „Pour un flirt” w wyk. Tomasza Więcka po paryskie „comment ça va?”  Anny Tomaszczuk i Pawła Bernaciaka.

Podczas wykonania przez Katarzynę Kurdej „Voyage, voyage” z repertuaru Desireless miałam wrażenie, że słucham oryginału tejże piosenki. 

Wielki podziw dla Sary Ławniczak za piosenkę „Joe le Taxi” Vanessy Paradise. Patrząc na to, że jest ona tancerką Teatru Baduszkowej, to jej wykonanie bardzo mnie urzekło. 

The show must go on...,

z musicalu Moulin Rouge. Ta piosenka w wykonaniu reżysera tego koncertu — Bernarda Szyca i całego zespołu pod kierownictwem Agnieszki Szydłowskiej była znakomity zwieńczeniem koncertu (oprócz finału).  

Miałam (i nadal mam) wrażenie, że tą piosenką teatr próbował przekazać, że pomimo pandemii i ciągłych lockdownów oni cały czas byli, są i będą dla widzów. 

Finał z musicalu Moulin Rouge, czyli cud miód, Mira Art i kankan (chociaż bardziej od tego urzekło mnie zakończenie I aktu), i tak minęła kolejna godzina, a z nią i cały 2,5-godzinny koncert. 

Jedyne czego mi zabrakło to corocznego „hasła”, które było taką wisienką na torcie każdego koncertu.



Podsumowując:

- koncert był naprawdę cudowny (jak z resztą prawie wszystkie spektakle czy koncerty w tym teatrze),
- kostiumy zaprojektowane przez Pawła Sikorę — bellisama i po prostu chapeau bas,
- zbyt krótko trwał i za szybko się skończył,
- „Nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości, dopóki Teatr gra. Póki Teatr gra”
- #dajżyćkulturze.








Brak komentarzy: